Jak wygląda wizyta u lekarza w USA?

Jak wygląda wizyta u lekarza w Stanach Zjednoczonych

-Mam ściągnąć buty?
-Jak chcesz, nie musisz.
-Tylko proszę mi odliczyć dwa funty, bo są ciężkie!
Pielęgniarka zaczyna się śmiać, waży mnie i zapisuje liczbę funtów w systemie (Amerykanie posługują się funtami, nie kilogramami). Odchodzi od komputera i zaczyna mierzyć mi ciśnienie.
-Jak u niemowlaka – żartuje.

Ciśnienie mierzy rzecz jasna nie podciągając rękawa bluzki. Już na to nie reaguję, ponieważ przywykłam, że w USA zazwyczaj nikt mi nie odsłania ręki podczas mierzenia ciśnienia, podobnie jak nie przystawia stetoskopu do gołego ciała, tylko przez ubranie. Dobrze czytasz. Nie zdarzyło mi się, żeby badający mnie lekarz kazał mi podnieść bluzkę do góry podczas tak zwanego osłuchiwania. Nie kazał też rzecz jasna jej ściągać. Jeśli z jakiś powodów musiałam się rozebrać, to wcześniej wręczano mi znaną Ci z amerykańskich filmów koszulę w pastelowym kolorze, z rozcięciem na całej długości. Lekarz wówczas wychodził z gabinetu i wracał po kilku minutach, pukając najpierw do drzwi. Czyli nie stał nade mną jak się rozbierałam.

Dziś napiszę Ci jak wygląda wizyta u lekarza w Stanach Zjednoczonych, ponieważ system jest inny niż w Polsce i być może zechcesz przeczytać ten tekst z ciekawości. A jeśli wybierasz się do USA, to tym bardziej się z nim zapoznaj, żeby wiedzieć czego się spodziewać w gabinecie. Nie byłam rzecz jasna u wszystkich amerykańskich lekarzy, bo ogólnie nie mam problemów ze zdrowiem, ale przez parę lat zdarzyło się kilka czy kilkanaście wizyt, głównie przy przeziębieniach, badaniach rutynowo-kontrolnych, zaliczyłam też jeden pobyt w szpitalu przy okazji narodzin syna. I to na tej podstawie powstał poniższy tekst. Wszystko jasne? Ok, zatem zaczynamy.

Jak wygląda wizyta u lekarza w Stanach Zjednoczonych?

Pierwsza zasadnicza różnica między polskim a amerykańskim lekarzem jest taka, że przy pierwszej wizycie w USA dostajesz na wejściu tony papierów do wypełnienia. Jak już pokażesz, że masz ubezpiecznie, dostaniesz sztywną podkładkę, długopis i kilka kartek z pytaniami. Są pytania o szczepionki, choroby (u specjalistów też o choroby w rodzinie), przebyte operacje, palenie papierosów, picie alkoholu, narkotyki, tryb życia (czy biegasz, ćwiczysz), dietę, zdarzyło mi się nawet pytanie o to czy mam w domu broń, choć było to pytanie w formie ustnej, nie pisemnej. Trzeba się wyspowiadać z wagi, wzrostu, nałogów, przyjmowanych leków, w przypadku kobiet jest sekcja dotycząca ciąż, porodów i cyklu menstruacyjnego.

jak wygląda wizyta u lekarza w USA

Myślę, że w niektórych klinikach w Polsce mogą również padać wymienione przeze mnie pytania, lecz nie sądzę by było pytanie o określenie swej rasy. W USA przewija się ono często. I Bogu niech będą dzięki za te cudowne aplikacje ze słownikiem na telefon. Jeśli ktoś wykuł na blaszkę angielskie nazwy szczepionek, chorób i organów wewnętrznych to chwała mu za to. Aplikacja diki.pl przydawała mi się nie raz. Zwłaszcza na początku.

Jestem w Polsce u lekarza. Siedzę.

-Puk, puk. Panie doktorze ja mam takie szybkie pytanie!
Jakiś człowiek wystawia głowę przez drzwi, podczas gdy lekarz wypisuje mi receptę. To nic, że na drzwiach jest napisane jak wół „pacjenta prosi do gabinetu lekarz”. Człowiek ma „szybkie pytanie”. Sytuacja dość częsta w Polsce jest w USA niemożliwa. Z prostej przyczyny. Inaczej w USA wygląda system rejestracji i przyjmowania pacjenta. W Stanach Zjednoczonych to pacjent czeka na lekarza w gabinecie, a gabinet lekarski nie jest lekarza biurem, słowem lekarz w gabinecie nie siedzi. Nie ma więc oczywiście żadnych parawanów, za którym pacjent się chowa, jeśli musi się rozebrać. Niezależnie od tego czy byłam w USA w dużej klinice czy małej, prywatnej praktyce, zawsze musiałam przejść przez recepcję a pani z recepcji, po załatwieniu formalności związanych ze sprawdzeniem ubezpieczenia kazałam mi usiąść w poczekalni. Kiedy już przychodziła moja kolej, pielęgniarka wyczytywała głośno moje imię, przy czym dochodząc do nazwiska wymawiała „kra” potem następowała przerwa i próba wymodzenia czegokolwiek. Najczęściej wychodziły jakieś dziwolągi. Nigdy nikomu nie udaje się przeczytać : Krawczuk.

-Jak to powiedzieć? – pada pytanie
-Krawczuk – odpowiadam
-„krau suk”!? – dobrze?
-Po prostu mów Lidia.
-Ok Lidia, chodź za mną – mówiła pielęgniarka. Przechodziłyśmy przez kolejny bufor w postaci drzwi, za którymi kryły się korytarze i pomieszczenia. Zanim zaprowadziła mnie do gabinetu lekarskiego zmierzyła mi ciśnienie i zważyła (nie zawsze). Jeśli było to przeziębienie mierzyła też temperaturę. W przypadku małej praktyki bez pielęgniarki, słyszałam „Cześć Lidia” od lekarza, który pojawiał się w recepcji i sam mnie prowadził do gabinetu. Już teraz wiesz dlaczego w USA „puk, puk” jest niemożliwe?

Powiesz : W Polsce, prywatny lekarz sam przyjmuje, sam kasuje. No właśnie, ma więc swoje „puk, puk”. Jeśli nawet pracuje w przychodni to też ma, bo przychodnie nie są budowane tak jak w Stanach, gdzie recepcja jest swojego rodzaju buforem. W Polsce lekarz może sobie działać w gabinecie prywatnym bez recepcjonistki. W USA nie jest w stanie, dlatego, że system ubezpieczeń jest tu tak niejednorodny i tak skomplikowany, że bez człowieka wyszkolonego w tym temacie, prowadzenie gabinetu jest niemożliwe. To nie działa jak w Polsce. W Polsce wizyta lekarska w prywatnej praktyce kosztuje średnio od stu złotych w górę. W USA od kilkuset dolarów w górę. Dlatego tak ważne jest posiadanie ubezpieczenia. Ale ubezpieczenie zdrowotne (bardzo kosztowne) nie gwarantuje dostępu do wszystkich usług medycznych a różni ludzie w zależności od posiadanych pakietów płacą różne stawki za świadczone usługi. W USA (niestety) wizyta u lekarza wiąże się często z dodatkowymi opłatami, mimo posiadanego ubezpieczenia. Ale to temat  na osobny wpis, ponieważ gdy się poważnie choruje w Stanach Zjednoczonych, to można zbankrutować (nie żartuję).

Jestem u lekarza w USA. Siedzę.

Pielęgniarka wprowadziła mnie już do gabinetu. Czekam na lekarza. Bawię się z nudów telefonem, który przeglądałam również w poczekalni, podobnie jak każdy inny pacjent czekający na swoją kolej (znak czasów). Nikt na nikogo nie patrzył, a jeśli już przez przypadek skrzyżowałam z kimś wzrok, to uśmiechaliśmy się uprzejmie. Żadnych pytań, żadnych zaczepek. No chyba, że tego typu : podobają mi się twoje buty czy : ta sukienka jest świetna.

Jestem u lekarza w Polsce. Siedzę.

-Usuwałem ostatnio hemoroidy, to wstydliwy temat, ale mężczyźni powinni o tym rozmawiać – mówi pacjent, który młodość ma już za sobą. Siedzimy w poczekalni prywatnego gabinetu. Lekarz specjalista, do którego wszyscy czekamy nie ma nic wspólnego z hemoroidami. Po krótkim wykładzie na temat hemoroidów pacjent opowiada o swoich problemach z tarczycą. Wiem w jaki sposób choroba została u niego wykryta, jaką przeszedł operację i jakie aktualnie przyjmuje leki. Wiem to, choć o nic nie pytałam. Mało tego, po paru minutach wiem na co choruje część innych osób z poczekalni, ponieważ niektóre pacjentki z ochotą włączają się w dyskusję i dzielą się z resztą co im dolega.

Zlinczuj mnie, krzycz, że kłamię, ale prawda jest taka, że Polacy uwielbiają rozmawiać o chorobach i wszelkich nieszczęściach. Lubią te wszystkie detale związane z fizjologią, bólem i mało przyjemnym leczeniem. Im gorzej, tym lepiej. W USA takie rozmowy nie wchodzą w grę, zwłaszcza w poczekalni.

U samego lekarza zaś nie ma czegoś takiego, że Ty siedzisz i rozglądasz się po ścianach a on pisze sobie coś w tym czasie w karcie lub klepie w klawiaturę komputera. Tak jak pisałam wcześniej, gabinet to nie biuro i tutaj lekarz się tym nie zajmuje. Może mieć w gabinecie komputer lub iPada, w którym odszuka Twoje nazwisko, ale nie będzie przy Tobie wypełniał całej papierologii oraz przypominał sobie Twojej medycznej historii. Jeśli wracasz do specjalisty, bo jesteś w trakcie leczenia, to z chwilą, gdy lekarz przekroczy próg gabinetu przywita Cię prawdopodobnie mówiąc „Hi” lub „Hello” wymieniając Twoje imię i pytając jak Ci służy lek, który przepisał Ci podczas ostatniej wizyty. Nie, nie zapamiętał Cię tak dobrze. Po prostu w swoim biurze przeczytał to sobie wszystko zanim przyszedł do Ciebie, po to by w gabinecie zajmować się już tylko Tobą a nie papierami. Z lekarzem możesz skontaktować się również za pomocą maila, zadać mu pytanie odnośnie leczenia. Odpisze Ci on sam albo pielęgniarka w jego imieniu.

A jeśli mam na przykład USG, które wymaga szczegółowego opisu to co? Czekam aż opis zostanie zrobiony?

Nie czekasz. Opis powstanie po Twoim wyjściu i zostanie wysłany do lekarza, który wystawił Ci skierowanie i to on przekaże Ci go mailem lub pocztą. Nie musisz iść znowu do gabinetu po odbiór. Tak samo z badaniami krwi. Jeśli dostajesz skierowanie na wykonanie badań, to sobie wyników nie odbierasz samodzielnie. Wyniki są wysyłane do lekarza, który je zlecił a on przesyła je Tobie.

A jak już dostaniesz diagnozę i receptę, to wiesz jaka jest różnica?

Taka, że lekarz wyśle Twoją receptę przez internet do wskazanej przez Ciebie apteki a Ty sobie do niej pojedziesz i odbierzesz przygotowane dla Ciebie leki (jeśli zechcesz receptę do ręki to też nie ma sprawy). Ale jeśli wybierasz pierwszą opcję, to apteka, z której korzystasz regularnie ma już kontakt do Ciebie i wyśle Ci wiadomość tekstową z informacją, że leki są już gotowe. Zazwyczaj dostaniesz ją wkrótce po wyjściu z gabinetu. I teraz uważaj. Bo to ciekawe. Jeśli dostaniesz zalecenie, że masz przyjmować pigułki 2 razy dziennie przez 7 dni, to dostaniesz dokładnie 14 tabletek. Ani jednej więcej. Farmaceuta sprzeda Ci ich dokładnie tyle, ile jest napisane na recepcie. To on je umieści w pojemniczku, zapakuje i naklei odpowiednie etykiety. Dlatego zapłacisz dokładnie za taką ilość, jaką masz przyjąć a nie za całe opakowanie, którego nie zużyjesz do końca. Znasz to przecież, że co jakiś czas przetrząsasz szafkę z lekami i wywalasz jakieś przeterminowane tabletki, które nawet nie wiesz na co były.

jak wygląda wizyta u lekarza w USA?

A jak będę potrzebować nowej recepty, to co?

To wyślesz mail do apteki, że potrzebujesz leków a oni skontaktują się z lekarzem. Jeśli to długofalowa terapia, to lekarz od razu zaznacza na recepcie, że przysługują Ci na przykład trzy ponowne uzupełnienia. Jak Ci się będą kończyć leki, to apteka wyśle Ci wiadomość pt. „Hej Lidia, kończy ci się lek (tu pada nazwa). Czy chcesz uzupełnić?”. Odpowiadasz na wiadomość „tak” lub „nie” i oni działają zgodnie z Twoją wolą. Jeśli nie przysługują Ci uzupełnienia a uważasz, że lek Ci jest nadal potrzebny, to możesz napisać mail do lekarza. Możesz też wysłać mail do apteki a oni skontaktują się w Twoim imieniu z lekarzem. Dlaczego apteka to robi? No jak to dlaczego? Bo zarabia na sprzedaży leków. Różnica jest jednak taka, że w Polsce są głównie małe, prywatne apteki. W USA wszystko opiera się na wielki sieciach. Taka Ameryka.

Podoba Ci się taki system? Daj mi znać.

A jeśli wybierasz się do USA kup sobie koniecznie w Polsce ubezpieczenie. Dlaczego? Przeczytaj ten tekst.