5 zaskakujących rzeczy w USA

1. Uśmiech nie znaczy absolutnie nic

Amerykanie znani są z tego, że bardzo dużo się uśmiechają. Kiedy podejdziesz do kasy w sklepie sprzedawca zwróci się do Ciebie słowami „Hi, how are you?” i obdarzy prawdziwym, amerykańskim uśmiechem. Ale prezentacja wszystkich zębów oraz pytanie o to jak się masz, są tylko formułką, za którą nie kryje się zupełnie nic. Przypadkowo mijana osoba na ulicy może również się do Ciebie  uśmiechnąć. Pamiętaj, w Polsce, w Europie taki uśmiech coś może znaczyć, w USA nie znaczy absolutnie nic. Raz w życiu zdarzyło mi się, że osoba stojąca przy kasie zaczęła żalić się sprzedawcy na swój los, po tym jak padło sztandarowe pytanie „Jak się masz?”. Kasjer zrobił oczy jak pięć złotych. Przecież w Ameryce wszystko jest suuuper.

O tym, że należy się uśmiechać Amerykanie uczą się już w przedszkolu. Jako matka 4,5 latka muszę przyznać, że to lada wyzwanie, by zrobić dziecku zdjęcie z ładnym, subtelnym uśmiechem. Gdy chcę wcisnąć migawkę aparatu i proszę „uśmiechnij się” natychmiast słyszę „cheeeeese” (ser) i dostaję uśmiech żaby. Naprawdę, ja go tego nie uczyłam.



2. Na wszystkim są ceny, które wprowadzają w błąd

Jeśli wybierzesz się na zakupy w Stanach Zjednoczonych to pamiętaj : cena, którą widzisz nie jest ceną prawdziwą, ponieważ jest ceną bez podatku. Załóżmy, że wpadniesz do sklepu i chwycisz super fajne buty na przecenie. Myślisz : 50 dolarów za takie cudeńka, to naprawdę okazja. To jest ostatnia pięćdziesiątka, którą masz w portfelu, gonisz do kasy a pani Ci mówi, że masz zapłacić pięćdziesiąt kilka dolarów ponieważ doliczyła Ci tzw. sales tax czyli podatek od sprzedaży. Żeby tego było mało, podatek nie jest identyczny w całej Ameryce. W zależności od stanu, który reguluje go na własnym poziomie, podatek gdzieś jest niższy a gdzieś wyższy. Nie wszędzie też te same produkty są objęte podatkiem. Pisałam o tym przy okazji porównywania cen podstawowych produktów spożywczych. Wrócisz do tego tekstu klikając na zaznaczony na kolorowo fragment.

3. Sprawdzą Ci dowód osobisty podczas zakupu alkoholu, nawet gdy masz 70 lat

Kupowanie alkoholu w Stanach Zjednoczonych bywa nie lada wyzwaniem. Nie kupisz wysokoprocentowego alkoholu w supermarkecie. Mało tego, są stany, w których sprzedawanie nawet wina czy piwa jest w supermarketach zakazane. Handluje się nim w specjalnych sklepach z alkoholem. No i trzeba mieć dowód osobisty (po angielsku ID). Kiedyś myślałam, że chcą ode mnie ID, bo tak młodo wyglądam… Kiedy jednak o dowód poproszono mojego tatę, który zdawał maturę naprawdę bardzo dawno temu, to przestałam mieć wątpliwości. Aha, w USA trzeba mieć ukończone 21 lat, by kupić alkohol, papierosy, albo wejść do klubu. W klubach również wymagany jest dowód (może być paszport lub jakikolwiek dokument tożsamości z Twojego kraju, ze zdjęciem i datą urodzenia).

5 zaskakujących rzeczy w USA

4. Porcje w restauracjach są gigantyczne

Najpierw umówmy się co to jest restauracja. W Stanach Zjednoczonych restauracją nazywa się nawet McDonald’s. Ustalmy, że mam na myśli miejsca, gdzie można zjeść, ale nie są to lokale samoobsługowe, czyli klasyczne fast foody, tylko jadłodajnie z obsługą, która przynosi kartę i podaje jedzenie.  W USA jest mnóstwo restauracji sieciówek i w nich porcje są zazwyczaj jak dla górnika, który właśnie wrócił z szychty i musi zjeść konia z kopytami. Osobiście mam coś takiego, że jeśli ktoś stawia przede mną talerz z ogromną porcją, to odechciewa mi się jeść. Nauczyłam się już w Ameryce, że po wejściu do lokalu rozglądam się co ludzie mają na talerzach, żeby zobaczyć czy porcje są normalne, wielkie lub gigantyczne. Kiedy nie jestem pewna, pytam obsługi i często słyszę „możecie wziąć spokojnie jedną porcję, wystarczy”. Nie jest to żaden obciach (przyniosą dodatkowy talerz), podobnie jak poinformowanie, że chce się zapłacić po połowie (half/half). Dostajemy wtedy dwa rachunki, dajemy dwie karty kredytowe (jeśli nie mamy gotówki) i nie ma żadnego problemu z uregulowaniem płatności.

5.  Napiwek to „dobrowolny obowiązek”

W restauracji, u fryzjera, kosmetyczki, na manicure, przy wsiadaniu  do taksówki czy autobusu wycieczkowego oczekuje się od klienta napiwku. Obsługa potrafi być średnio sympatyczna zwłaszcza, względem cudzoziemców turystów, ponieważ wie, że obcokrajowcy wcale nie są tacy chętni do sypania dodatkowymi dolarami. Amerykanom wpaja się od małego, że ludzie pracujący w restauracjach mają bardzo niskie pensje i trzeba im dodać do rachunku co najmniej piętnaście procent. Większość Amerykanów potulnie zostawia więc napiwki (o napiwkach napisałam osobny tekst, kliknij w zaznaczone na czerwono słowo, jeśli chcesz przeczytać więcej).

Napiwkowych niuansów bardzo szybko uczy się polska młodzież przyjeżdżająca do USA, choćby w ramach programu „Work and Traval”. Poznałam w Stanach Zjednoczonych kilku polskich studentów, którzy pracowali w różnych częściach Ameryki, i którzy dość szybko potrafili ocenić przy kim warto się starać, bo zostawi dobry napiwek, a kto nie jest wart uwagi. I tak, od chłopaków, którzy pracowali w restauracjach na Alasce dowiedziałam się paru rzeczy o Europejczykach a od dziewczyn, które były kelnerkami w górskim kurorcie na wschodnim wybrzeżu, o Amerykanach. To były dość szczegółowe podziały na kraje pochodzenia, wiek, płeć, kolor skóry i wygląd. Ale nie będę pisała jakie są wnioski, ponieważ jak wiadomo, stereotypy potrafią być bardzo krzywdzące i nieprawdziwe. Nie chlejemy przecież wszyscy na umór, prawda?

A tak w ogóle to na zdrowie 😉 Dużo różnych fotek z USA znajdziesz na moim Instagramie. Zajrzyj, zapraszam :

 

Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na przesyłanie informacji od strony Ameryka i ja. Zgodę można wycofać w każdej chwili, a szczegóły związane z przetwarzaniem danych osobowych znajdują się polityce prywatności.