amerykańskie Walentynki

Moje amerykańskie Walentynki

Nigdy nie przywiązywałam wagi do Walentynek. Ta presja, by na siłę świętować, kupować czekoladki, kwiatki czy inne gatki wydawała mi się śmieszna. Po przyjeździe do Ameryki nic się nie zmieniło. Oczywiście Pan X i ja trochę jednak ulegaliśmy, wręczając sobie jakieś drobiazgi i śmieszne kartki, ale naprawdę bez szaleństw.

Po jakimś czasie Pan X jednak uznał, że skoro jesteśmy w Ameryce, to należy choć raz zaszaleć i zrobić sobie prawdziwe, amerykańskie Walentynki. W tym celu dwa dni przed Walentynkami, przyczepił do szyby w pokoju podświetlane na czerwono serce przebite strzałą. Gadżet oczywiście mnie rozbawił.
-Tandeta, co? – powiedział zadowolony z siebie Pan X.
-Tandeta, ale urocza.

amerykańskie Walentynki

Dzień przed Pan X zakomunikował :
– Żadnej pracy w Walentynki wieczorem. Świętujemy po amerykańsku. W restauracji.
-Ok. Jestem za. Miejmy prawdziwe amerykańskie Walentynki.

Wizja mi się podobała, ale nie dlatego, że tak bardzo marzyłam o romantycznej kolacji akurat w tym dniu. Byłam po prostu ciekawa jak wyglądają amerykańskie Walentynki. Chciałam zobaczyć te wszystkie pary, może nawet scenę jak z filmu, że pani pije szampana i nagle odnajduje na dnie kieliszka pierścionek zaręczynowy z dużym brylantem ( w Ameryce kamień musi być duży, im większy tym lepszy) a potem zalewa się łzami i mówi TAK. Chciałam przekonać się czy kelnerzy gadają jakieś dyrdymały ludziom przy stolikach,  proponując ekstra desery oraz czy są tylko pary.  Wiadomo, mogłabym potem to opisać.

Dzień przed zleciał jak zwykle. Wieczorem okazało się, że w lodówce nie ma nic na kolację, więc pojechaliśmy do pobliskiego sklepu na szybkie zakupy. Przy wejściu była dosłownie ściana bukietów. Raczej nie widziałam wcześniej takiej ilości kwiatów.
-Może kupię ci już dziś? – żartował Pan X.
-Dawaj – odparłam szczerze i wybrałam sobie ładny bukiecik.
Pan X był zbity z tropu.
-Przecież nie będziesz gonił rano specjalnie po kwiaty – skwitowałam.

W domu zjedliśmy kolację a ja zaczęłam czuć się źle. Pan X poczuł to samo kilka godzin później. Nie będę wdawać się w szczegóły. To była TA grypa. Następnego dnia, w Walentynki, kiedy leżeliśmy bezwładnie po nieprzespanej nocy, nie mogąc ruszyć ani ręką ani nogą, Pan X rzekł:
– Jak myślisz, gdybyśmy tu padli, po ilu dniach by nas znaleźli?
Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie.
-Najlepiej do kogoś zadzwońmy! – postanowiłam.

Pan X uznał, że tylko rosół może postawić nas na nogi. Resztkami sił (nie wiem jak) pojechał do sklepu po kurę. Wrócił z ptakiem i kartonem z przezroczystą szybką. W środku były dwa smukłe czerwone kieliszki na wąskich nóżkach, przyozdobione szklanymi sercami.
-Możemy napić się z tego rosołu – zażartował słabo.
Po wyjęciu z kartonu okazało się, że jedna nóżka jest złamana.
-Niech to szlag! – wymamrotał Pan X.

W kolejnym roku, z okazji Walentynek zjedliśmy w domu schabowego z buraczkami. Dalej nie wiem czy kelnerzy gadają zakochanym dyrdymały i czy panie znajdują w szampanie pierścionki. Może jeszcze kiedyś się przekonam.
Aha, trefne kieliszki zostały oddane do sklepu. Ale serce przebite strzałą zapakowałam do kartonu i wyciągam co roku z szafy z okazji Walentynek. Co tam, tandeta, ale jaka urocza.

Podziel się
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest