ciocia z Ameryki

Kiedy szłam do pierwszej klasy a było to jeszcze w ubiegłym wieku, mama kazała założyć mi na rozpoczęcie roku szkolnego granatową sukienkę. Nie byłam zachwycona. Wszystkie dziewczynki w tamtym czasach zakładały białe bluzki i granatowe spódniczki. Ja miałam granatową sukienkę, na której były naszyte białe, kwiatowe aplikacje. Sukienka była z Ameryki.

Większość osób urodzonych w komunistycznej Polsce jak ja, miało jakąś ciocię w Ameryce, albo przynajmniej znało ludzi, których krewni wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Znienawidzona sukienka, którą włożyłam z okazji rozpoczęcia nauki w szkole nie była od cioci z Ameryki. Przysłał ją wujek. Nie był to jednak do końca mój wujek. Choć byliśmy w jakimś stopniu spokrewnieni, to nigdy nie widziałam na oczy tego wujka a co za tym idzie, nigdy go nie poznałam. To był tak naprawdę wujek mojej cioci. Słyszałam jakieś historie o wujku, który wyjechał do Ameryki dawno temu, i który od dawna nie żyje. Teraz nawet nie wiem jak wujek miał na imię a kiedyś, jeśli miałam o nim jakiekolwiek wyobrażenie, to stawała mi przed oczami twarz aktora, który grał Janka z Ameryki w Samych Swoich.

Dziś nie jest być łatwo ciocią z Ameryki

Kiedyś, gdy w Polsce nie było nic, a w Ameryce było wszystko, można było słać do Polski paczki z wszelkim możliwym szajsem. I tak wszyscy byli zadowoleni. Przyleciało się do Polski z walizką pełną „amerykańskich prezentów” i było się ciocią z Ameryki, że hej. Teraz sklepy w Polsce i sklepy w Ameryce zalane są tymi samymi rzeczami „made in China”, które rozpadają się prędzej niż później. Obecnie nie ma już praktycznie żadnych różnic. Wszystko jest tu i tu. Bo czy można mówić o różnicy w przypadku nowego iPhone’a, który dostępny jest w Polsce kilka dni później niż w USA? Chyba nie. Jasne, że cena w Polsce jest wyższa, ale gdyby jakimś cudem w Polsce go wymyślono a nie w Stanach Zjednoczonych, to Amerykanie a nie Polacy płaciliby za telefon więcej z powodu ceł, marż i innych podatków.



Dziś sama jestem „ciocią z Ameryki” i za każdym razem, gdy lecę do Polski mam problem co kupić. Nie dlatego, że ktokolwiek oczekuje ode mnie czegokolwiek, lecz dlatego, że my Polacy mamy chyba gdzieś tam zakodowane i wpojone, że „z pustymi rękoma nie wypada” a poza tym, człowiek po prostu chce najbliższym coś sprezentować. Przed każdym wylotem do Polski snuję się więc po sklepach z obłędem w oczach, bo raz – po kilku latach już kompletnie nie mam pomysłów, dwa – nic nie wydaje mi się specjalnym hitem. To trochę jak z kupowaniem prezentów gwiazdkowych. Po iluś Bożych Narodzeniach wydaje Ci się, że już wszystko kupiłaś.

W pierwszych latach życia w USA byłam zafascynowana sklepami

Wszystkiego pełno, ciągle promocje, wyprzedaże, obniżki. Nic tylko kupować. Choć przyjechałam do Ameryki tylko z dwiema walizkami, moja szafa zapełniła się w błyskawicznym tempie nowymi rzeczami kupionymi na niekończących się wyprzedażach. Bycie ciocią z Ameryki też nie było trudne. Wszystko wydawało mi się inne, powiedziałabym nawet, że lepsze (dziś tak nie uważam), nie miałam więc problemu żeby coś ustrzelić w sklepie, bo rzeczy, które w Polsce uchodziły za markowe (wtedy również dla mnie) nie były w USA niczym wyjątkowym a ceny też nie zwalały z nóg. Z łatwością mogłam więc kupić coś w prezencie dla kogoś a przy okazji też dla siebie (rzecz jasna).

Tak, Ameryka mnie rozpuściła

Wszystko chcę kupić z rabatem i pełną cenę płacę tylko za rzeczy, które są mi potrzebne „na wczoraj”. Z drugiej strony nienawidzę sklepów. Znienawidziłam je w USA. Ameryka obrzydziła mi zakupy do cna. Dlaczego? Bo jest za dużo towaru. Nadmiar mnie męczy. Przytłacza. Sklepy są wielkie i … stare. Większość amerykańskich centrów handlowych czy domów towarowych ma po kilkadziesiąt lat. Powiedzmy sobie to wprost, polskie centra wyglądają o wiele lepiej, ponieważ polskie centra są albo nowe albo stosunkowo nowe. Amerykańskie, nawet po renowacjach nie prezentują się już tak nowocześnie, ponieważ pewnych rzeczy zmienić się już nie da. Poza tym, Amerykanie raczej likwidują centra handlowe niż je budują. Powód jest prosty :

Konsumenci przenoszą się do internetu (ja też)

Jeśli orientujesz się trochę w temacie, to zaraz mi powiesz : przecież w Miami na Florydzie powstaje największe w USA centrum handlowe (American Dream), którego powierzchnia będzie nawet większa niż Watykan. To ja Ci powiem : owszem, tylko, że sklepy to tylko część tego interesu, reszta to rozrywka : park wodny, lodowisko, hala ze sztucznym śniegiem, restauracje, kawiarnie, kina. Amerykanie nie chcą już chodzić do typowych centrów handlowych. Po co? Skoro można wszystko kupić online. Przyszłość ma wyglądać tak : ruszysz się z domu do centrum handlowego, tylko wtedy gdy znajdziesz w nim coś poza sklepami, coś, czego będziesz mogła doświadczyć.

Wiele osób udających na wakacje do USA leci z „pustą walizką” żeby przywieźć sobie „amerykańskie ciuchy” i buty (większość made in China). Kiedy ja lecę do Polski robię dokładnie to samo – buszuję po polskich sklepach i z Polski coś sobie przywożę. Co ciekawe, gdy rozmawiam z moimi koleżankami Polkami mieszkającymi od lat w Stanach Zjednoczonych, one również robią zakupy w Polsce. Powody są dwa. Po pierwsze w Polsce moda jest jednak inna. Bardziej stonowana. W USA jest więcej koloru, wzorów, błysku i pstrokacizny. Jasne, że da się kupić i znaleźć w Ameryce coś klasycznego, ale trzeba przekopać się przez te niekończące się rzędy wieszaków z ubraniami, których kupować nie masz ochoty.

Po drugie, porządne ubrania, które nie są wykonane z poliestru wcale nie są w USA tanie. Tak, wiem w Polsce też nie są tanie, jednak na wyprzedażach, których w Polsce też jest przecież dużo, da się kupić dobre gatunkowo rzeczy, które nie są uszyte z syntetyków. Tak naprawdę, dopiero będąc w USA zaczęłam doceniać rzeczy polskich producentów wykonane z porządnych materiałów, buty polskich firm ze skóry a nie z plastiku.

Rozumiem jednak ten pęd do zakupów podczas wojaży po USA. Można tu rzeczywiście kupić w dobrych cenach ubrania, które w Polsce uchodzą za rzeczy z lepszej półki (typu Tommy Hilfiger, Calvin Klein, Ralph Lauren), a na które w USA może pozwolić sobie przeciętnie zarabiająca osoba. Paradoks polega na tym, że Tobie (jeśli mieszkasz w Polsce) opatrzyły się już „polskie szmaty”. Mnie opatrzyły się amerykańskie 😉

Jeśli interesują Ci przykładowe ceny w USA to przeczytaj ten tekst :

Jeśli chcesz zajrzeć na słynną 5 Aleję kliknij poniżej :

P.S. A jeśli lubisz czytać moje posty, to zapisz się na mój newsletter. Przypomnę Ci co kilkanaście dni o nowych wpisach na blogu a także napiszę coś od siebie. Coś, o czym nie piszę na blogu. Będzie mi miło jeśli dołączysz do grona czytelników newslettera. Formularz zapisu znajduje się poniżej. 

Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na przesyłanie informacji od strony Ameryka i ja. Zgodę można wycofać w każdej chwili, a szczegóły związane z przetwarzaniem danych osobowych znajdują się polityce prywatności.