kocham narty z przyjaciółmi

Kocham narty

-Na bank jest już we mnie zakochana! –  oznajmił Chodzący Urok Osobisty, po tym jak dał popis taniego podrywu, w nie pamiętam już której górskiej knajpie. Chodzący Urok Osobisty, który sam siebie nazywał „królem” doskonale wiedział, że dziewczyna przyjmująca zamówienie patrzyła na niego wyłącznie z pobłażaniem albo politowaniem, mimo, iż reagowała na te końskie zaloty przyjaznym śmiechem. Chodzący Urok Osobisty wcale nie chciał się z nią umówić czy nawet jej bliżej poznać. Chciał wyłącznie popisać się przed towarzystwem, które chichotało jak stado gówniarzy, i które dziś wspomina te wszystkie podrywy bez żadnego ciągu dalszego z łezką w oku, tęsknotą a może i myślą, która niepokoi :

Czy kiedyś to jeszcze zrobimy?

Czy wszyscy razem pojedziemy na narty i tak się upijemy wieczorem, że następnego dnia nie będziemy mieć siły jeździć? Czy kupimy sobie dupolotki (tzw. ślizgi zjazdowe) i będziemy na nich zasuwać po nartach? Czy zobaczymy jak Chodzący Urok Osobisty tańczy o pierwszej w nocy przed telewizorem bo „kocha ten teledysk” albo usłyszymy jak dzwoni do znajomego żaląc się, że „musiał umyć patelnię, która była wielkości stołu, i że od mycia ma na dłoniach odciski oraz gangrenę, bo płyn wyżarł mu ręce”. Czy przydarzą się takie historie, że właściciel pensjonatu wezwie łowczego z innego miasta, z powodu pełzającego pod kaloryferem zaskrońca, który okaże się gumowym wężem należącym do dziecka z naszej grupy a ubawiony łowczy weźmie sobie zabawkę na pamiątkę?

Czy zdążymy to jeszcze razem zrobić?

Czy może już będziemy za starzy? A może nie będziemy w stanie, bo każdy skupi się na sprawdzaniu statusu na Facebooku bądź Instagramie albo pojawi się przeszkoda w postaci sztucznego biodra?
W ostatni weekend Pan X i ja pojechaliśmy wraz z naszym synem na narty do niewielkiego ośrodka narciarskiego znajdującego się 1,5 godziny jazdy samochodem od Waszyngtonu. Nie obyło się bez wspomnień, sentymentów i omawiania dawnych historii.
„A pamiętasz jak…?” zadawaliśmy sobie to pytanie, gdy zaczęli odzywać się znajomi z tamtych narciarskich wypadów po tym, jak Pan X opublikował na Facebooku zdjęcie z naszego aktualnego wyjazdu.

W pierwszych latach, przy okazji każdego zimowego przylotu do Polski jeździliśmy z grupą znajomych na narty. Krążyliśmy między Szklarską Porębą, Harrachovem, Rokietnicami i Szpindlerowym Młynem śmiejąc się do łez z opowieści „króla”, który następnego dnia potrafił wszystko odwołać, mówiąc z rozbrajającą szczerością „ Lidzia, przecież wiesz, że zmyślałem”.
A potem jak to w życiu, wszystko się rozmyło. My tu, oni tam, już nikt nie organizował wspólnych wypadów.

Dziś jadę wyciągiem, patrzę na chichoczące amerykańskie nastolatki opowiadające sobie jakieś głupoty i przypominam sobie jak jeszcze niedawno jeździliśmy tak z „królem”, krzyczącym dla zgrywy „dziewczyny, kocham was” choć nie byliśmy już nastolatkami. Patrzę na zdyscyplinowanych Amerykanów, którzy stoją grzecznie w kolejce do wyciągu, bez kombinowania, podczas gdy z „królem” robiliśmy akcje typu „sterujemy wszyscy na prawo i tam robimy blok”. Patrzę na amerykańskie bramki do wyciągów, przy których nie ma żadnych czytników ani blokad i przypominam sobie jak w Polsce, Czechach czy Austrii  trzeba było albo włożyć skipass do czytnika albo przyłożyć kartę z chipem, by bramka się otworzyła. Rozglądam się przy amerykańskich kasach z karnetami i nie dostrzegam nikogo, kto oferowałby koło południa swój całodzienny skipass za pół ceny, co w Polsce i w Czechach było normą. Patrzę na kaski, które dziś mamy jak inni na głowach, a co jeszcze kilka lat temu nie było wcale tak oczywiste. I w końcu patrzę na moje 4,5 letnie dziecko, które za chwilę z innymi nastolatkami będzie gadać głupoty na wyciągu, podczas gdy ja będę wywracać oczami.

Dlaczego ten czas tak szybko goni?

Dlaczego uciekają te wszystkie chwile, do których po latach się wraca z uśmiechem na twarzy ale też z niepokojem, że nigdy już tak nie będzie. Ameryka dała mi bardzo wiele, postawiła na drodze nowych ludzi i zapewniła przygody życia. Ale chciałabym kiedyś jeszcze byśmy tak sobie usiedli przy knedlikach, po wariackim dniu na stoku gdzieś w Czechach i paplali te wszystkie głupoty świata :
-Królu, skąd masz te gogle?
-Jak to skąd?! Dała mi je pewna znana narciarka. Od razu się we mnie zakochała.

******

Tekst ten dedykuję wszystkim moim znajomym, którzy byli kiedyś z Panem X i ze mną na nartach.