Bez czego Amerykanin nie może żyć

Bez czego Amerykanin nie może żyć?

-Jezu, jak gorąco!
-W końcu gorąco, co to za lato bez upału? – mówi znajoma dodając, że w mieszkaniu jest przyjemnie.
-Daj spokój, nie ma czym oddychać – odpowiada Pan X.
-Wam w tej Ameryce już całkiem na mózg padło…
Zdychamy w mieszkaniu, popijając napoje chłodzące i biadoląc, że w nocy nie da się spać. Znajoma patrzy na nas jak na wariatów, kiedy mówimy, że życie bez klimatyzacji jest ciężkie. Jest sierpień i gorąca, słoneczna pogoda w Polsce.

Urodziliśmy się w Polsce, w Polsce chodziliśmy do szkół, w Polsce kończyliśmy studia i pracowaliśmy. Wyjechaliśmy do Ameryki jako dorośli ludzie, którzy NIGDY wcześniej nie mieli w domu klimatyzacji. Po ośmiu latach w Waszyngtonie i używaniu klimatyzacji od wiosny do jesieni, zadajemy sobie pytanie : jak mogliśmy bez niej funkcjonować? Bo Amerykanie nie potrafią żyć bez klimatyzacji.

Początki nie były wcale takie oczywiste. Amerykanie preferują w pomieszczeniach temperaturę wynoszącą około 69/70 stopni Fahrenheita czyli 20/21 stopni Celsjusza. Komuś kto przyjeżdża do Ameryki z Europy zazwyczaj nie odpowiada strumień tak chłodnego powietrza dmuchający w sklepach, muzeach, restauracjach, kinach i mieszkaniach. Początkowo, kiedy wybieraliśmy się latem na zakupy do marketów, zabierałam ze sobą coś z długim rękawem, bo bez dodatkowego ubrania trzęsłam się w sklepach jak galareta.

-Co tu tak gorąco?
-Klimatyzacja nie dmucha. Wyłączyłeś?
-Ja? Nawet nie umiem tego obsłużyć – mówi Pan X.
-Chyba się popsuła, bo nie daje się włączyć.
Wciskam co się da, ale czujnik na ścianie nie reaguje wcale.
-Jezu, jak my tu wyrobimy???

Jest dziesiąta wieczorem, zdążyliśmy już wrócić z Polski i popijamy to i owo w naszym amerykańskim mieszkaniu razem ze znajomymi, którzy przyjechali na weekend z innego stanu. Wszyscy po kolei stajemy pod wywiewami, wystawiając ręce i sprawdzając czy dmucha czy nie. Powietrze jest tak ciężkie, że można je kijem mieszać. Kilka chwil później jestem siedem pięter niżej, w lobby budynku i mówię w czym rzecz człowiekowi, który tej nocy ma dyżur w recepcji.
-Jesus!!! – mówi z przejęciem.
On mnie rozumie. Noc bez klimatyzacji to koszmar. W Ameryce każdy ma klimatyzację (prawie), to standard, żaden luksus.
-Zrobię co będę mógł żeby ktoś wam to jeszcze dziś naprawił!
-Jeszcze dziś? – upewniam się z niedowierzaniem.
-Tak proszę pani.

Kilkanaście minut później dzwoni telefon. Człowiek z recepcji mówi, że załatwił człowieka od klimatyzacji, który zapuka do mieszkania w ciągu pół godziny. Dochodzi 11 wieczorem, człowiek od klimatyzacji wychodzi z balkonu, na którym znajduje się cały mechanizm i oznajmia, że to poważna awaria, i że nie da się jej od ręki usunąć. Trzeba wymienić CAŁY klimatyzator.
-Jutro wam to zrobimy.
-O nie!!!! Jak my tu wyrobimy?
Człowiek przeprasza i wychodzi. Ale klimatyzacja ustawiona na najniższą, możliwą temperaturę zaczyna trochę dmuchać. Robi się całkiem znośnie. Jakoś przeżyjemy tę noc.

-Jezu!!! oszalejemy tutaj!
-Wzięłaś zatyczki? – pyta Pan X.
-Nie umiem w tym szajsie spać!
Jesteśmy w hotelu a klimatyzacja wyje jak dzika. Czasem spowalnia i wydaje się, że będzie znośnie, ale za chwilę wpada w wibracje i klekocze jak radziecki Zaporożec. Klimatyzatory w amerykańskich hotelach bywają tak masakrycznie głośne, że nie da się spać. Można powiedzieć, że im lepszy hotel, tym cichszy klimatyzator, ale nie jest to reguła, ponieważ czasem pokój wydaje się całkiem przyjemny, jednak po włączeniu chłodzenia, pokój przechodzi do kategorii : najgorszy z możliwych. Ustawiasz temperaturę na 74 Fahrenheity (dla mnie 70 stopni to jednak za mało) a skrzynia z urządzeniem zamontowana najczęściej pod oknem w pokoju, uruchamia się i zaczyna wyć, skrzypieć i strzelać. Robi tak przez cały czas, do momentu osiągnięcia wskazanej temperatury. Wtedy zapada cisza. Udaje ci się ukoić nerwy i zasnąć na kilka chwil, bo pudło… uruchamia się ponownie, rozpoczynając kolejną rundę.
-Do diabła z tym! Wyłączam!!!
-Przecież nie możesz żyć bez klimatyzacji?!
-Nie mogę, ale czasem muszę;)