Cherry Blossom Festival

W weekendy i popołudniami jest taki tłum, że nie da się spokojnie spacerować. Przed południem też jest ścisk, bo do Waszyngtonu ściągają autokary wypełnione ludźmi. Moi sąsiedzi mówią, że chodzą o szóstej rano. Sama jestem zbyt leniwa na spacery o tej porze dnia, chodzę więc w tłoku.


W Waszyngtonie rozpoczął się Cherry Blossom Festival czyli Festiwal Kwitnącej Wiśni. Równo sto lat temu władze Tokio na znak przyjaźni, pokoju i wszystkiego dobrego przekazały amerykańskiej stolicy ponad trzy tysiące wiśniowych drzew. Posadzono je przy Tidal Basin czyli takim zbiorniku (ja to nazywam sztucznym jeziorem) przy rzece Potomac. W latach 60-tych XX wieku Japończycy sprezentowali amerykańskiej stolicy kolejne prawie cztery tysiące drzew. W ten sposób Waszyngton stał się więc miastem kwitnącej wiśni.

W tym roku ciepła i słoneczna pogoda wycięła dość zaskakujący numer organizatorom Cherry Blossom Festival (który przy okazji jest promocją japońskiej kultury). Otóż setne obchody zaplanowano aż na pięć tygodni. Sęk w tym, że zazwyczaj szczyt kwitnienia wiśni przypada na przełomie marca i kwietnia. Tym razem jednak drzewa obsypane są kwiatami już od kilku ładnych dni. Zanim więc festiwal rozbuja się na dobre, wiśnie zdążą przekwitnąć. Niezależnie jednak od tego czy kwitną w terminie czy nie, szkoda, że tak naprawdę to tylko kilkanaście dni…

 

Monument Waszyngtona, po trzęsieniu ziemi ciągle nie można wjechać na szczyt.