W winnicy w stanie Virginia

Przy dziesiątej próbie pojawiły się szum w głowie i lekko miękkie kolana. No ale skoro skusiliśmy się na wersję FULL, trzeba było walczyć do końca. Zostało jeszcze pięć prób.
-Czujesz truskawki? – zapytał człowiek zza baru wyłożonego płytkami w kolorze ciemnej cegły. Wsadziłam nos do kieliszka. Naprawdę pachniało truskawkami.

Pan X i ja staliśmy w chacie, w której mieściło się pomieszczenie do degustacji połączone z niewielkim sklepikiem. Chata znajdowała się z kolei na terenie winnicy. Dość późno zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie trzeba wcale jechać do Kalifornii, żeby zobaczyć winnicę z bliska. Wystarczy oddalić się kilkadziesiąt mil od Waszyngtonu. W stanie Virginia winnic są bowiem dziesiątki.

Na barze wyłożonym płytkami w kolorze ciemnej cegły stały pojemnik z maleńkimi krakersami do zagryzania (żeby przed degustacją kolejnego gatunku zgubić smak w ustach) oraz mała beczułka, do której można było wylać zawartość kieliszka w przypadku, gdyby nie odpowiadał smak. Nie miałam jednak serca wylać niczego. Głupio mi było po prostu, bo człowiek, który nalewał nam trunek bardzo się starał, opowiadał dowcipy i był miły (wiem, wiem – to jego praca). Dostaliśmy jeszcze ołówki i kartkę z listą degustowanych win. Powinniśmy robić notatki, zaznaczać co lubimy a co nie. Ale jakoś tak wyszło, że kompletnie zaniedbaliśmy tę część rytuału.

Do wyboru były trzy opcje : basic, premium i full. Skusiliśmy się na wersję full, choć szybko zdaliśmy sobie sprawę, że trzeba było wybrać co najwyżej premium a najrozsądniej basic.  Bo choć człowiek za barem nie podsuwał pod nos pełnych kieliszków tylko wypełniał je winem na 3-4 łyki, to jednak po spróbowaniu wszystkich piętnastu rodzajów, musiałam usiąść. Wino zdecydowanie szumiało w głowie i zmiękczyło nogi. Na szczęście przed chatą było bistro (w którym serwowano wino, a jakże).

Bistro pod chmurką było idealnym miejscem na leniwe, niedzielne popołudnie. Z głośników sączył się cicho jazz, w tle szumiała woda z fontanny oraz rozmowy z sąsiednich stolików. Komu by chciało się stąd ruszać. Ludzie popijali wino, zagryzając serem i bagietką. Część miała na stolikach własne jedzenie, ponieważ do tej winiarni można przyjechać ze swoim prowiantem. Naprawdę świetne miejsce.

Ingleside Vineyards – na pewno tam jeszcze wrócę.

– degustacja w zależności od pakietu od 5 do 10 dolarów
– można odbyć darmową, krótką wycieczkę, w czasie której przewodnik opowiada jak wygląda proces produkcji ( z ludzi, którzy byli na terenie winnicy zdecydowaliśmy się tylko Pan X i ja)
– strona internetowa http://www.inglesidevineyards.com