Sałatka z San Francisco

W budynku-chatce tuż przy Golden Gate, gdzie pozwolono nam skorzystać z gniazdka i podładować baterie do aparatu i gdzie kupowaliśmy trójwymiarowe pocztówki z mostem w roli głównej, znajduje się część barowa. Trochę kanapek, sałatek, ciastek i napoje. Nic wielkiego. Trafiliśmy tam na niepozorną sałatkę z ziemniaków, która ku naszemu rozczarowaniu była już zrobiona wcześniej i czekała w lodówce, w pojemniku. Okazała się jednak bardzo smaczna. Obiecałam sobie, że w domu ją odtworzę.
Słowo się rzekło. Pan X powiedział nawet, że moja wersja jest lepsza od pierwowzoru;) Na cześć miasta, w którym została odkryta nie mogłam jej nazwać inaczej…

Sałatka z San Francisco

*około kilograma małych, czerwonych ziemniaków
*średnia czerwona cebula
*dwie łodygi selera naciowego
*puszka drobnego groszku
*2 łyżki kaparów w zalewie (drobnych)
Wykonanie jest dziecinnie proste. Ziemniaki wyszorować i ugotować w mundurkach ale nie rozgotować. Schłodzić. Cebulę i seler naciowy pokroić w kostkę, odcedzić groszek i kapary. Ziemniaki pokroić na pół albo w ćwiartki (czerwoną skórkę zostawiamy). Jeśli nie macie małych, to mogą być większe (ale kroimy na więcej części). Wszystkie składniki wkładamy do miski i mieszamy razem z dressingiem.
sos:
*kilka łyżek majonezu (preferuję Babuni, YES można go kupić w polskim sklepie pod Waszyngtonem)
*łyżeczka musztardy pełnoziarnistej (najlepiej francuskiej, z całymi ziarnami gorczycy)
*dwie łyżki kwaśniej, gęstej śmietany
*sól, pieprz, cukier, woda (ze 2-3 łyżki)
Wymieszać majonez z musztardą, kwaśną śmietaną i wodą. Doprawić solą, pieprzem i odrobiną cukru do smaku. Chodzi o to, żeby dressing nie był bardzo gęsty tylko średnio-lekko żeby z sałatki nie zrobiła się maź. Schłodzić w lodówce i gotowe;)

 

 

 

Podziel się
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest