galaretka z kurczaka

-Ja lubię galaretkę z kurczaka ponieważ jestem Polakiem – rzekł bohater tej opowieści, który poza wykutymi na blaszkę przekleństwami i kilkoma wyrazami typu : proszę, dziękuję, dobrze, nie, tak oraz zwrotami : kocham Polskę, jak się masz, czy która godzina, po polsku nie mówi. Tak naprawdę bohater tej opowieści jest Amerykaninem (przytoczone wyżej zdanie wygłosił po angielsku). Jednak odkąd ożenił się z Polką, mówi o sobie, że też jest Polakiem. Mało tego, jego miłość do naszego kraju jest tak wielka, że na plecach wytatuował sobie gigantycznego orła (takiego na całe plecy), identycznego jak na polskim godle (ujawniam ten fakt za jego zgodą).

Pan Orzeł (tak będę nazywać tego Amerykanina), jego żona, Pan X i ja siedzieliśmy przy stole i raczyliśmy się galaretką z kurczaka. Pan X babrał się w żelatynie osobiście, chcąc zaskoczyć amerykańskiego gościa jakimś polskim specjałem. Niestety dla Pana Orła to nie była nowość. Pan Orzeł już wcześniej coś takiego jadł (u babci Stasi).

-Dla mnie galaretka z kurczaka jest w porządku, ale gdybyście powiedzieli przeciętnemu Amerykaninowi, że chcecie go uraczyć chicken jello to by się puknął w czoło i odmówił – rzekł do nas Pan Orzeł.
-Ale dlaczego? – spytaliśmy zaskoczeni.
-Bo dla nas jello to galaretka owocowa czyli na słodko. Chicken jello oznacza więc galaretkę owocową, do której ktoś wrzucił kurczaka. Można pomyśleć, że to ananasowa – dodał.
-Co?????? – rzekłam.
-Dla nas to tak brzmi. To tak, jakbyś do szarlotki dodała mięso – wytłumaczył mi Pan Orzeł chcąc zobrazować zestawienie (podał też inny przykład, ale nie nadaje się do publikacji).

Chwilę później Pan Orzeł wziął swój telefon komórkowy i na Facebooku umieścił informację, że właśnie zjadł chicken jello. Nie trzeba było długo czekać. Dyskusja rozwinęła się natychmiast.
-What??????????? – pisali amerykańscy znajomi Pana Orła. On sam bawił się w najlepsze wypisując różne rzeczy, ale słowem się nie zająknął, że nie jest to galaretka owocowa.
-To nie w porządku! – mówię do Pana Orła – dlaczego nie napiszesz prawdy?
-Bo nie będzie zabawy! – odparł szczerze Pan Orzeł – Chcę żeby oni myśleli, że wy jesteście crazy, i że jecie galaretkę owocową z kurczakiem (powinien napisać chicken in gelatin zamiast chicken jello). Pochichotaliśmy wszyscy ubawieni, zagryzając galaretką.

Po chwili Pan Orzeł postanowił jednak wytłumaczyć się trochę i wygłosił takie oto zdanie :
-Uwielbiam polskie jedzenie i nie chcę by Amerykanie przy nim majstrowali – rzekł. Jak im powiem, że to coś a’la rosół, to zaczną kombinować. Może nawet będą gotować. Amerykanie muszą zaraz zmieniać, ulepszać, robić po swojemu. Niech trzymają się z daleka od polskiego jedzenia bo jest dobre – zakończył Pan Orzeł.

Coś jest w tym zmienianiu. Jakiś czas temu poczęstowałam mojego amerykańskiego sąsiada barszczem (takim czystym, wigilijnym, ale nie była to pora świąt). Sąsiad zakochał się w tym smaku natychmiast i musiałam dać mu przepis. Finał był taki, że kilka dni później zaprosił mnie na degustację swojego barszczu. Mój był pikantny, słodko-kwaśny i bardzo gorący. Barszcz sąsiada – kwaśny,  i… bardzo zimny, z lodówki.
-Super na upały! -rzekł podekscytowany.
-Co????????? – wybałuszyłam oczy.
-Następnym razem zrobię w formie kostek, to będą takie lody z barszczu! – oznajmił zadowolony…

Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na przesyłanie informacji od strony Ameryka i ja. Zgodę można wycofać w każdej chwili, a szczegóły związane z przetwarzaniem danych osobowych znajdują się polityce prywatności.