-Czy zauważyłeś, że tu nie ma ludzi w naszym wieku, tylko sami emeryci? – powiedziałam do Pana X,  kiedy usadowiliśmy się przy stoliku w hotelowej restauracji. Kilka chwili wcześniej zjechaliśmy windą z trzydziestego piętra na śniadanie.  Znajdowaliśmy się w hotelu Taj Mahal należącym do Donalda Trumpa. Wokół pełno było ludzi w wieku  siedemdziesiąt plus, z których część musiała wspierać się na balkonikach.

My (nie emeryci), podobnie jak reszta emerytów jedzących śniadanie, skorzystaliśmy z promocji i przyjechaliśmy w środku tygodnia, poza letnim sezonem do hotelu-kasyna Trumpa po to, by „pławić się w luksusie” za niecałe pięćdziesiąt dolców za dobę (w weekend doba hotelowa kosztuje u Donalda kilkaset dolarów). Stawka promocyjna była naprawdę gratką, biorąc pod uwagę fakt, że nocleg w nędznej budzie przy drodze, potrafi kosztować w USA dziewięćdziesiąt dolarów i więcej.

Śniadanie nie było żadnym luksusem, menu było barowe i ceny na szczęście też. Sam hotel zaś był wielki – jak to u Trumpa – i na bogato, ale kiedy człowiek przyjrzał się temu wszystkiemu z bliska, to wiało tandetą. Jednak te wszystkie detale nie odgrywały dla gości większej roli, ponieważ istotą tego wszystkiego (jak w KAŻDYM hotelu przy promenadzie w Atlantic City) była sala na parterze, w której znajdowało się kasyno. Może zamiast sala, powinnam napisać hala, ponieważ ilość automatów do gier, stołów do gry w karty, albo stanowisk do ruletki była po prostu porażająca. I nie chodzi o to, że w tym konkretnym hotelu tak było. Tak jest w każdym przy promenadzie. Tylko wchodzić i grać (nie trzeba być gościem hotelowym, z uciech może korzystać każda osoba dorosła).

Dla mnie widok był zaskakujący. Kasyna kojarzyły się mi się zawsze (z filmów) z eleganckimi miejscami, gdzie pojawiają się dobrze ubrani ludzie. Smokingi, suknie do ziemi, perły, diamenty, makijaże. Tymczasem tu byli sami starsi, często samotni i schorowani ludzi, w byle jakich ubraniach, tępo wpatrujący się w migocące automaty do gier. Żadnej „arystokracji” albo jak kto woli „Francji elegancji”.

Pan X wrzucił do automatu dziesięć dolców i używając jednego przycisku, zaliczał kolejne gry. Szło mu nadzwyczaj dobrze. Automat co chwilę piszczał, wydawał z siebie dźwięk typu wow!wow!wow!  albo odgłos sypiących się monet. W kilka minut Pan X zarobił kilkadziesiąt dolarów. Niestety ja w niecałe dwie, przegrałam moją dziesiątkę. Natychmiast skończyłam grać. Pan X też uznał, że trzeba brać i uciekać.

Atlantic City miało być z założenia takim Las Vegas wschodniego wybrzeża. Ale nie udało się tych planów zrealizować. Można tu oczywiście pograć sobie w kasynach, natomiast to nie jest atmosfera Vegas, gdzie nocą błyszczą światła i neony, a przy głównej ulicy jest mnóstwo turystów żądnych przygód. Plusem Atlantic City jest jednak ocean z szeroką, piaszczystą plażą,  i z bardzo ładną i bardzo długą promenadą.

Tym razem mam dla Was trochę zdjęć zrobionych jesienią. Niebieskie niebo, piękne słońce, przyjemna temperatura – tak wyglądało to miasto pod koniec października, w czasie gdy powstawały te fotografie.

Wieczorem poszliśmy coś zjeść do jednej z knajpek przy promenadzie. Wylądowaliśmy w czymś, co z założenia miało być dżunglą czy buszem. Co kilka minut wyskakiwał więc zza drzewa goryl, albo małpa dyndała na gałęzi, albo słoń coś tam robił. Wszystko oczywiście sztuczne, przy czym zwierzęta wydawały z siebie albo ryk, albo krzyk. Dziękuję bardzo. Nigdy więcej.

Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na przesyłanie informacji od strony Ameryka i ja. Zgodę można wycofać w każdej chwili, a szczegóły związane z przetwarzaniem danych osobowych znajdują się polityce prywatności.