Varadero na Kubie

Droga była niemal pusta, czasem minęliśmy jakiś samochód. Po kilku dniach spędzonych w Hawanie jechaliśmy zgodnie z wcześniejszym planem do Varadero nad Morzem Karaibskim. Jechaliśmy żółtą, klimatyzowaną taksówką, z człowiekiem, z którym umówiliśmy się na ten przejazd dzień wcześniej przed hotelem. Rozważaliśmy różne opcje dojazdu do oddalonego od Hawany dwie godziny drogi kurortu, jednak taksówka okazała się dla nas najbardziej rozsądną opcją.

Zakodowałam sobie w głowie, że jak już miniemy te wszystkie stare, walące się domy po drodze, to wjedziemy do pięknego kurortu. Oczyma wyobraźni widziałam, że będzie jak w Cancun w Meksyku, gdzie byliśmy rok wcześniej. Ale Varadero okazało się czymś zupełnie innym. W Varadero były owszem hotele, ale nie tak okazałe i nowoczesne jak w Cancun, samo miasto zaś nie miało nic wspólnego z meksykańskim kurortem. Varadero było miastem z wymagającymi remontu domami, a także w większości ze starymi hotelami potrzebującymi tego samego. To co było piękne, to plaża.

-Czy mogę dostać sok pomarańczowy? – zapytał nasz czteroletni syn kiedy siadaliśmy do lunchu.
Soku pomarańczowego jak zwykle nie było. Im bardziej go nie było, tym bardziej on go chciał. Po kilku nieudanych próbach zamówienia soku pomarańczowego w różnych miejscach i w Hawanie i w Varadero, spytałam w końcu miejscowego dlaczego na Kubie nie można kupić czegoś tak oczywistego. W czasach komuny w Polsce mieliśmy przecież dostawy słynnych zielonych pomarańczy właśnie z Kuby. Teraz byliśmy na Kubie i pomarańczy nie było.
-Huragany i zaraza zniszczyły drzewa pomarańczowe, dlatego na Kubie trudno o pomarańcze – wyjaśnił.
W Hawanie jest dużo barów, knajpek i restauracji. Od powiedzmy, mało wyszukanych, klasy średniej, w których popielniczki stoją na stołach i ludzie palą przy lub po jedzeniu, po eleganckie restauracje, bardzo czyste, ze świetną obsługą, mówiącą dobrze po angielsku. W Hawanie oferta kulinarna jest naprawdę szeroka. Kuchnia lokalna, dużo ryb i owoców morza ale też dania włoskie i hamburgery oraz frytki. W Varadero tak wielkiego wyboru nie ma.

Jeden z domów przy plaży, w Varadero który zrobił na mnie największe wrażenie. Dziś mieści się w nim restauracja Casa de Al, a miejscowi mówią, że w latach 20-tych XX wieku bywał tu Al Capone.

Plaża w Vardero była czymś, co mi się najbardziej podobało. Z drobnym, jasnym piaskiem i wodą, która w słońcu przybierała intensywnie turkusowy kolor, jakiego chyba wcześniej nie widziałam. Poza tym, była bardzo czysta. Kiedy popłynęliśmy wynajętym katamaranem ładny kawałek od brzegu, żeby z maskami i rurkami oglądać kolorowe rybki, widać było dno znajdujące się ładnych parę metrów poniżej.
-Ty masz dobre życie, ja muszę tu pływać,  kup ode mnie zdjęcia, zrobię ci czterdzieści w komplecie – mówił po angielsku ktoś, kto nagle podpłynął do naszego katamaranu z maską na twarzy i z rurką, ubrany w strój zakrywający całe ciało i chroniący przed słońcem. Daliśmy się namówić. Ów człowiek wręczył nam plastikowe butelki, w których upchana była przynęta. Kazał trzymać butelki na wysokości brzucha i naciskać. My naciskaliśmy, ryby podpływały a on fotografował pod wodą. Potem zostawił nam zdjęcia w hotelu w recepcji. Nie były warte swojej ceny. Ale cóż, jeśli nie miał dobrego życia, to może choć trochę mu pomogliśmy.

W Varadero, podobnie jak w Hawanie dominowały stare samochody. Tak samo jak w stolicy Kuby można było wynająć zabytkowe auto, żeby zrobić sobie objazd po mieście. Na przejażdżkę wybraliśmy forda z 1927 roku, pomalowanego na pomarańczowożółto. Kolor auta jak zwykle wybrałam ja.

Nie miałam specjalnie ochoty na robienie zdjęć. Niebo zachmurzyło się i wiał dość silny wiatr. Bez słońca, wymagające remontów domy i kamienice wyglądały jeszcze gorzej. Nasz kierowca był bardzo miłym człowiekiem, ale niewiele potrafił powiedzieć po angielsku. Obwiózł nas po okolicy, robiąc przystanek przy lokalnym targu z pamiątkami i rękodziełem. Wyszliśmy stamtąd z małą, drewnianą gitarą, którą upatrzyło sobie nasze dziecko. W pakiecie dziecko dostało też myszkę z drewna.

Varadero było oddechem po głośnej, ruchliwej Hawanie. Plaża była fantastyczna, dawała spokój, ale dotknięty zębem czasu kurort mnie nie zachwycił. Bieda po prostu kłuła w oczy.

Podziel się
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest
  • Pieknie piszesz,obrazowo,dzieki i prosze o jeszcze,

    • Dziękuję za miłe słowa, za komentarz. Fajnie wiedzieć czy to, co piszę podoba się, czy nie:) Pozdrowienia!

  • Piękny, słoneczny opis. Aż się od razu zachciało tam być. Tym bardziej, kiedy u mnie za oknem dziś pochmurnie i deszczowo. P.S. Tłoku na plaży raczej nie było? Pozdrawiam, Leszek

    • Cześć Leszku. Dziękuję za dobre słowo. Jeśli chodzi o tłok, to zależy jaki wybierze się hotel oraz jak dużą plażą ten hotel dysponuje, trzeba zwracać na to uwagę. Zawsze można też odejść dalej. Jeśli wybierze się noclegi u ludzi, a są też takie opcje, to wtedy w takich rejonach plaże są raczej puste. Ale ze spaniem u ludzi trzeba uważać. Bo warunki potrafią być tragiczne. Spotkaliśmy w Varadero Polaków, którzy uciekli po jednej nocy do hotelu, ponieważ trafili po prostu bardzo źle.