Halifaks sto lat później

Weekend w Halifaksie upłynął pod hasłem Titanica. Oczywiście nie można powiedzieć, że duch liniowca zawładnął miastem kompletnie. W sobotę wieczorem, kiedy na jednym z miejscowych skwerów odbywał się okolicznościowy koncert, podczas którego serwowano widowni na nowo opowieści o tym, co działo się sto lat temu na Atlantyku, grupki wystrojonych dziewczyn w szpilkach, krótkich sukienkach, z gołymi nogami (były ze 3-4 stopnie), krążyły po Halifaksie robiąc obchód po nocnych klubach. Dla nich to był po prostu czas wolny i okazja do zabawy. Dla innych pretekst, by włożyć strój z epoki i przypomnieć o setnej rocznicy zatonięcia transatlantyku.

Miasto podoba mi się co raz bardziej. Ma swój urok. Sporo tu restauracji, barów i pubów. Jest w czym wybierać i jest gdzie zjeść. Jedną z najsłynniejszych restauracji jest ta o nazwie The Five Fishermen. Tu tu między innymi, po tragedii Titanica przywożono ciała ofiar, ponieważ wówczas w budynku mieścił się dom pogrzebowy. Podobno dziś budynek nawiedzają duchy. Podobno. Restauracja jak kilka innych w mieście, oferuje menu z potrawami, którymi raczyli się pasażerowie pierwszej klasy podróżujący liniowcem. Zastanawiające, że nie podają cen.

restauracja The Five Fishermen w Halifaksie

 

Titanic w pewien sposób przysłużył się Halifaksowi a już na pewno sam James Cameron i jego film. Mieszkańcy mówią, że szczególnie po premierze, w 1997 roku port przeżywał najazd turystów. Każdego roku przybijają tu dziesiątki olbrzymich wycieczkowców z setkami albo tysiącami ludzi na pokładach. Kwiecień nie jest jednak dobrym miesiącem na organizowanie sobie wycieczki. Jeszcze za zimno. To jak zwiedzanie miast w listopadzie czy lutym, kiedy jest buro i ponuro (z wyłączeniem ciepłych krajów).  Na pewno latem jest tu przyjemnie i zielono. Inaczej odbiera się wtedy rzeczywistość.

Niedaleko Maritime Museum of Atlantic, o którym wspominałam w poprzednim wpisie, znajduje się niepozorny, drewniany budynek. Taka budka można by rzec. Mieści się w nim mała fabryka, w której wyrabia się kryształy (można popatrzeć przez szybę jak wygląda proces produkcji). Fabryka połączona jest ze sklepem. Teraz, przy okazji setnej rocznicy zatonięcia Titanica, Nova Scotian Crystal oferuje “tematyczne” szkło. Są to kieliszki, wazony czy miski ze wzorkiem inspirowanym tym, który znajdował się na kloszach lamp w kabinach pierwszej klasy feralnego liniowca. Nie są to repliki szkła z Titanica. Tu chodzi wyłącznie o wzorek. To drogie rzeczy, bo wyrabiane ręcznie. Ceny zaczynają się od kilkudziesięciu dolarów za sztukę.

Najdroższe w kolekcji są kryształy o nazwie Iceberg. Kosztują kilka tysięcy dolarów

Nie kupiłam jeszcze słynnego syropu. Pełno go tutaj wszędzie, w butelkach o kształcie liścia klonu. Chyba się w końcu skuszę, choć mówiąc szczerze, nie jestem pewna czy tak naprawdę lubię to coś i nie mam pomysłu do czego używać. Mój amerykański znajomy polewa syropem klonowym… bekon. Tak, bekon. Najpierw jednak w mikrofalówce robi z plastra bekonu jeden wielki, chrupiący skwarek a potem zalewa go słodkim sosem. Dość ciekawe połączenie:)

Podziel się
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest

Comments (5)

Tomek

Kwi 18, 2012 at 4:51 PM

ja znam tylko z naleśnikiem i dla mnie Ameryka Północna właśnie kojarzy się z naleśnikami polanymi syropem klonowym

Reply

Gosia Klimowicz

Kwi 16, 2012 at 4:28 AM

Bekon z syropem klonowym to klasyka. Mniam

Reply

Lee

Kwi 16, 2012 at 2:51 PM

Dla kogo klasyka, dla tego klasyka:):):)

Reply

Anonimowy

Kwi 16, 2012 at 3:59 AM

syrop klonowy jest dobry do pancakes, tostow francuskich i do polskich nalesnikow na slodko 🙂

Reply

Lee

Kwi 16, 2012 at 2:50 PM

no tak, naleśniki, to znam:) ale może jest coś innego, jakiego jak wspomniany boczek?:)

Reply

Leave a comment