Takie okazje zdarzają się rzadko. Air Force One niemal na wyciągnięcie ręki plus prezydent uwieczniony na zdjęciu, na szczycie schodów prowadzących do samolotu. Z ekscytacji można  zamordować migawkę aparatu.

Fotografie, które widzicie, zostały zrobione na lotnisku im. Dullesa pod Waszyngtonem. Barack Obama udawał się w podróż do Ohio, w ramach kampanii prezydenckiej. Zanim on wsiadł na pokład Air Force One grupa ludzi, która oglądała ten start (w tym Pan X i ja) musiała stawić się na miejscu dwie godziny wcześniej, by przejść kontrolę bezpieczeństwa. A potem czekać. Na szczęście była ładna pogoda.


Przed przyjazdem prezydenta na lotnisko, kręcili się oczywiście agenci Secret Service a snajperzy zajmowali odpowiednie pozycje, mimo, iż start odbywał w takim miejscu, gdzie nie było szans na przypadkowe osoby. Samolot stał na płycie lotniska, jakieś półtora – dwa kilometry od terminali pasażerskich. Pas startowy, z którego miał skorzystać był (na moje oko) nieczynny dla maszyn cywilnych.

Silniki boeinga grzały się na długo przed przyjazdem pierwszego pasażera, tak więc gdy tylko ten wskoczył na pokład, maszyna niemal natychmiast odleciała. Piszę wskoczył, bo rzeczywiście tak to wyglądało. Prezydencka limuzyna zatrzymała się tuż przed schodami samolotu i Barack Obama dosłownie wbiegł na górę, zatrzymując się na moment na szczycie. Odwrócił się w kierunku fotoreporterów, uniósł rękę, szybko się uśmiechnął (cyk,cyk,cyk) i czmychnął do środka. Ten moment MUSI być utrwalony przed każdą, prezydencką podróżą. Gdyby coś się stało, byłoby to ostatnie, najbardziej aktualne zdjęcie amerykańskiego prezydenta.

Air Force One stał jeszcze krótką chwilę na płycie, czekając aż towarzysząca prezydentowi delegacja dostanie się do środka. Trzeba jednak zaznaczyć, że cała reszta wchodziła tylnym wejściem, przy ogonie. Główne drzwi, przy dziobie boeinga zarezerwowane są wyłącznie dla prezydenta.

A potem samolot, który stał do nas bokiem, odwrócił się tyłem i sypnął  piachem oraz kurzem w oczy i usta. Strumień powietrza szarpał włosy i podnosił ubrania. To było mało przyjemne. Air Force One podjechał do pasa i ruszył. Razem z nim czarny samochód Secret Service, który pędził równolegle z samolotem, tak długo, jak był w stanie dotrzymać mu kroku.  Maszyna uniosła się w powietrze i odleciała. Samochód Secret Service o dziwo nie;)

 

Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na przesyłanie informacji od strony Ameryka i ja. Zgodę można wycofać w każdej chwili, a szczegóły związane z przetwarzaniem danych osobowych znajdują się polityce prywatności.